In vitro w książeczce zdrowia to pogwałcenie praw pacjenta

W jednym z dolnośląskich szpitali w książeczce zdrowia nowo narodzonego dziecka wpisano adnotację mówiącą, że do zapłodnienia doszło w wyniku in vitro. Do jej usunięcia doszło dopiero po interwencji Rzecznika Praw Pacjenta.

Do wspomnianej sytuacji doszło na początku stycznia, gdy w jednym ze szpitali na Dolnym Śląsku (rodzice nie ujawnili jego nazwy ani miasta), na świat przyszła w pełni zdrowa dziewczynka poczęta w wyniku in vitro. Jej rodzice skorzystali z wygaszonego już programu in vitro dofinansowanego przez rząd. Gdy wrócili do domu ze szpitala odkryli w książeczce zdrowia córki dopisek „stan po IVF”, który można tłumaczyć jako „stan po in vitro”. 

In vitro jak HIV?

Obecność informacji o poczęciu w książeczce zdrowia można interpretować jako naruszenie tajemnicy lekarskiej, ponieważ po przywróceniu ich w zeszłym roku, dostęp do danych zawartych w książeczkach mają nie tylko pracownicy służby zdrowia, ale także szkolne higienistki czy pracownicy socjalni. Gdy rodzice zainterweniowali w szpitalu w tej sprawie, usłyszeli, że informacja o metodzie poczęcia może mieć znaczenie dla dalszego leczenia, a dyrektor placówki porównał adnotację o in vitro do wzmianki wpisywanej w książeczkach dzieci z wirusem HIV

Decyzja o wpisie należy do szpitala

Gdy rok temu zdecydowano o przywróceniu książeczek zdrowia dla dzieci, kwestia umieszczenia w niej informacji o metodzie poczęcia była jednym z tematów dyskusji. Ostatecznie uznano jednak, że taka adnotacja nie jest obowiązkowa, choć nie można jej zakazać. To, czy się pojawi, pozostaje w gestii szpitala. 

Zdaniem rodziców umieszczanie w książeczce takich informacji to co najmniej przejaw stygmatyzacji ich córki, zwłaszcza biorąc pod uwagę stosunek obecnej władzy do tej metody poczęcia. To właśnie ministerstwo zdrowia pod kierownictwem ministra Konstantego Radziwiłła związanego z PiS zadecydowało o zakończeniu rządowego programu in vitro i zastąpienie go naprotechnologią, czyli metodą leczenia niepłodności bazująca na obserwacji fizjologii organizmu, kojarzonej z katolickim kalendarzykiem. Zdaniem wielu ekspertów stawianie obu metod na równi jest nadużyciem, ponieważ naprotechnologia nie jest w stanie pomóc parom mającym najpoważniejsze problemy z zajściem w ciążę. 

Rzecznik pacjentów jest przeciwny

Feralny zapis w książeczce został usunięty po interwencji u szpitalnego Rzecznika Praw Pacjenta, a inni rodzice, którzy doświadczą takiej sytuacji, mogą zwrócić się o pomoc do ogólnopolskiego Rzecznika Praw Pacjenta. Jego stanowisko w tej sprawie jest jednoznaczne – informacje o poczęciu z in vitro nie mogą być wpisywane do książeczki zdrowia. 

Omyłkowe zapłodnienie bez kary dla lekarza

Informacja o książeczce zbiegła się z ogłoszeniem umorzenia śledztwa w sprawie pomyłki związanej z zapłodnieniem in vitro, do której doszło w 2013 roku. Wówczas w klinice ginekologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Policach doszło do zabiegu, wskutek którego pacjentka urodziła nie swoje dziecko. Nasienie jej męża omyłkowo połączono z komórką jajową innej kobiety. Dziecko poczęte w wyniku pomyłki urodziło się z wadami genetycznymi. Decyzją sądu śledztwo w tej sprawie zostało umorzone, co oznacza, że lekarz odpowiedzialny za pomyłkę nie poniesie odpowiedzialności karnej, co nie oznacza, że uniknie konsekwencji zawodowych. Sprawa Tomasza B. od kwietnia 2016 roku toczy się w Okręgowym Sądzie Lekarskim we Wrocławiu, który zajmuje się nią jako trzeci – dwa poprzednie odmówiły podjęcia się jej. 

Konsekwencje pomyłki dotknęły także samą klinikę. Jeszcze w 2013 roku została usunięta z listy placówek biorących udział w rządowym programie in vitro i była zmuszona zapłacić karę w wysokości 10 proc. kontraktu, czyli 76 tys. złotych. Na mocy decyzji Senatu Uniwersytetu Pomorskiego, w lutym 2015 roku klinika w Policach zakończyła działalność. 

Źródła: Gazeta Wyborcza, PAP
 


Podziel się: