Taniec leczy

Rozmowa z Agnieszką Sypek – tancerką i choreografem, która prowadzi w Łodzi warsztaty terapii... tańcem

Irena Stanisławska: Prowadzisz warsztaty terapii tańcem. Czym różnią się one od zwyczajnych, popularnych od lat kursów tańca?

Terapia tańcem, czyli choreoterapia, absolutnie nie ma nic wspólnego z nauką tańca, nauką kroków i kolejnych form, które ciało musi wykonać. Tutaj poszukujemy własnego rytmu, własnego ruchu. I uczymy się je doceniać. Wpojono nam, że albo ruszamy się pięknie albo brzydko. Bardzo często porównujemy się z innymi, najczęściej z modelkami, których ruch z naturalnym nie ma nic wspólnego. Jest on narzucony i na tyle sztuczny (chodzą, stawiając nogę przed nogą), że wypacza stawy biodrowe. W terapii tańcem staramy się zaakceptować swoją ekspresję, polubić swoje ciało, które cały czas do nas mówi. Jeśli ma jakieś problemy, na początku sygnalizuje nam je delikatnie. Gdy w ciągłym biegu nie zwracamy na nie uwagi, spychamy na bok jego potrzeby, przychodzi czas, że w sposób zdecydowany manifestuje swoje niezadowolenie – pojawiają się problemy z kręgosłupem, przykurcze mięśni albo, niestety, poważniejsze choroby. A czasami przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat ciało mówi nam: Zatrzymaj się! Potrzebuję troszeczkę odpocząć. Zwróć na mnie uwagę. I na zajęciach uczymy się tego, jak możemy z nim nawiązać kontakt. Wykorzystuję pewne techniki taneczne i niektóre aspekty tańca tylko po to, żeby do ciała, do jego naturalnego ruchu dotrzeć. Bo głównie chodzi o spontaniczność, o pozwolenie sobie na niczym nieskrępowany ruch, swobodne „puszczenie” ciała, by zaczęło tańczyć bez ingerencji naszego umysłu.

Uczestnicząc w Twoich zajęciach, zauważyłam, że w zależności od dnia, moje ciało porusza się inaczej.

To naturalne, ponieważ ono reaguje na sytuacje, które się nam zdarzyły, na ciśnienie powietrza, temperaturę. Kiedy mamy dobry nastrój, kiedy „wszystkich kochamy”, nasze ciało jest bardzo otwarte. Na zajęciach rusza się bardziej płynnie, łatwiej jest nam je „puścić”. Natomiast kiedy przeszliśmy konfliktową sytuację, coś wydarzyło się w pracy, ktoś nas zdenerwował – jest sztywne, napięte i trudno je rozluźnić. I o tym, że każda emocja jest przekładana na ruch, staram się często mówić. Poruszam też pewne aspekty symboliki ciała. Bo nasze ciało układa się w określony sposób – emocje, takie jak gniew, strach, żal, mają standardowe przełożenie – ciało jest zamknięte, skulone. Na dłuższą metę, kiedy te emocje się nawarstwiają, kiedy nie są rozładowywane ruchem, kiedy kumulują się w mięśniach, to w przyszłości tworzą napięcia i bloki mięśniowe. A od nich jest już bardzo blisko do stanów chorobowych. Ruch jest najlepszym sposobem na pozbycie się stresów, ponieważ związany jest z oddechem. Kiedy pogłębia się oddech, nasze komórki są lepiej ukrwione, a krew z jednej strony je odżywia, z drugiej – powoduje lepsze oczyszczanie z toksyn. Osoby, które przychodzą na zajęcia, mówią mi, że już po miesiącu ćwiczeń zauważyły, że coś, co doskwierało w ich ciele, już nie doskwiera, że pewne wewnętrzne dolegliwości ustąpiły. Osoby te stały się bardziej otwarte w stosunku do innych ludzi, odczuwają więcej radości, mają więcej energii życiowej. I stało się to, nie wiadomo kiedy, bez przymusu.

Ale na swoich zajęciach wprowadzasz ćwiczenia, podczas których wykonuje się konkretne ruchy.

Chociaż główny nacisk położony jest na spontaniczność i na improwizację, to jednak pewne ćwiczenia, np. w trakcie rozgrzewki, kiedy wykorzystuję jakieś aspekty tańca, potrzebne są po to, żeby trochę popracować nad koordynacją ruchową. Są też ćwiczenia, podczas których powtarzamy czyjś ruch. Służy to temu, by adoptować inną dynamikę i przełamywać nasze schematy ruchowe. Wydaje się, że jest to proste, ale dla naszego ciała to prawdziwe wyzwanie. Każdy z nas ma indywidualną ekspresję i kiedy mamy powtórzyć ruch, który nie jest zgodny z naszym, natychmiast włącza się umysł, który przetwarza go na taki, który jest nam bliższy. To bardzo istotne ćwiczenia, ponieważ poruszają do pracy mięśnie, których na co dzień nie używamy. Oprócz tego synchronizują pracę obu półkul mózgowych, a jak wiadomo, najczęściej przeważa jedna z nich.

Łączysz muzykę dynamiczną, rytmiczną z muzyką harmonijną. Wprowadzasz etniczną muzykę różnych kultur graną „na żywo”. Dlaczego taka różnorodność?

Chcę, żeby zajęcia te były również formą muzykoterapii. Wiadomo, że dźwięk ma istotny wpływ na stan naszych emocji. Jeżeli chcemy wywołać pewien efekt, to konkretna muzyka nam w tym pomoże. Kiedy robię zajęcia przy bębnach, kiedy muzyka jest bardzo rytmiczna, bliska korzeniom z naturą, w tego rodzaju tańcu i ćwiczeniach pobudzamy dolną część ciała – biodra, pośladki, podbrzusze, nogi, kolana i stopy. W lędźwiach gromadzą się wszystkie napięcia i stresy, a poprzez ruch pozbywamy się ich. Dlatego po takich zajęciach jesteśmy w stanie radości, wręcz euforii. Tego typu ćwiczenia powodują odblokowanie, otwarcie się i poczucie bezpieczeństwa. Jest to szczególnie ważne dla kobiet, ponieważ w naszej kulturze biodra są troszkę „zakleszczone”, czego nie ma na przykład w kulturach latynoamerykańskich czy afrykańskich, w których występuje pełna akceptacja kobiecości i zmysłowości ruchu. Natomiast my, kobiety Zachodu, „upychamy się” w jakieś role, same się ograniczamy i blokujemy. Żeby te nieruchome biodra rozruszać, potrzeba sporej ilości czasu. Bo my wstydzimy się nimi ruszać. Tak, jakby ktoś nam powiedział, że to nieładne, że to wulgarne, grzeszne. A w biodrach jest tyle „radości”, że wystarczy przez godzinę nimi pokręcić i otrzymujemy niesamowity zastrzyk energii. Rytm bębnów bardzo mocno uruchamia dolne partie ciała, ale również działa na jego górną część. Bo wiadomo, że jeśli w podbrzuszu prawidłowo krąży krew i limfa, góra również jest dobrze „odżywiona”, a co się z tym wiąże – jesteśmy pełni witalnej energii. Kiedy muzyka jest delikatniejsza, bardziej relaksacyjna, wtedy, o czym wiele osób mówi na zajęciach, „otwiera się” klatka piersiowa, jakby do płuc wchodziło więcej powietrza. I automatycznie jest większy relaks, uspokojenie, wyciszenie. Odchodzi natłok myśli, jesteśmy w stanie harmonii.

Niektórzy uważają, że nie mają poczucia rytmu i w związku z tym nie potrafią tańczyć...

To zależy, do jakich standardów chcemy się porównywać. Istnieje europejska skala muzyczna, w której nie uznaje się półtonów, a które charakterystyczne są dla muzyki wschodniej. Kiedy słyszymy flety andyjskie lub japońskie, misy i gongi tybetańskie, których używamy na zajęciach, wydaje się nam, że ktoś, kto na nich gra, fałszuje. Każdy z nas słyszy bardzo indywidualnie i ma własny rytm, dlatego nigdy nie powiem, że ktoś nie ma słuchu, czy nie potrafi tańczyć, chociaż z powodu pewnych standardów, które kulturowo są nam narzucone, ta lub inna osoba nie zostanie tancerzem. Zawsze jednak podkreślam, że nasz indywidualny ruch jest piękny i należy go docenić. I każdy powinien tańczyć tak, jak czuje; tak żeby nasza dusza i nasz potencjał mogły się w tym tańcu ujawnić.


Podziel się:


Wasze komentarze


Informacje / opinie publikowane w komentarzach stanowią subiektywną ocenę użytkownika i nie mogą być traktowane jako porada dotycząca leczenia / stosowania leków . W przypadku wątpliwości prosimy o konsultacje z Farmaceutą Dbam o Zdrowie.

komentarze wspierane przez Disqus