Piotr Pustelnik - Adrenalina mnie zupełnie nie kręci cz.2

Piotr Pustelnik, himalaista, zdobywca wszystkich 14 ośmiotysięczników, twórca projektu „Trzy Korony” opowiada o początkach swojej pasji, przygotowaniu do wypraw oraz ryzyku, jakie niesie ze sobą wspinaczka wysokogórska.

Jak przebiega aklimatyzacja?


Aklimatyzacja przebiega powoli. Mówiąc tak najbardziej oględnie. To jest proces przyzwyczajania organizmu do wysokości, przez produkcję czerwonych krwinek. I on musi przebiegać powoli, to jest jedna z jego cech charakterystycznych. Druga z nich jest taka, że organizm, który raz już doświadczył wysokości, aklimatyzuje się szybciej. Na pierwszej wyprawie aklimatyzowałem się trzy tygodnie, na kolejnych aklimatyzowałem się dwa, a  teraz, żeby w pełni się zaklimatyzować wystarczy mi siedem dni. Więc ja muszę te siedem dni spędzić na jakieś tam wysokości, chodząc, ruszając się, powodując, że krew krąży i że cały czas czerwone krwinki się produkują. No bo jak się tylko leży i ma się minimum ruchu, to oczywiście jest to strasznie powolna aklimatyzacja. Zalecany jest więc ruch i to w moim przypadku jest kwestia tygodnia. Tydzień trzeba się przemęczyć, głowy bolą…

 

A jak jest ktoś nowy w zespole?

To dłużej. Jeśli ktoś jest pierwszy raz na takiej wysokości, to przeżywa to znacznie dłużej. Reszta uczestników musi czekać.

Na samym początku każdej wyprawy jest taka faza, kiedy ludzie się aklimatyzują. Czyli po prostu idziemy na jakąś łatwą górę, gdzieś wysoko, możemy sobie przenocować, żeby zmusić ten organizm do pracy. Potem się schodzi się na dół, żeby on się tam nie zdeteriorował. To jest w pewnym sensie sztuka wsłuchiwać się w swój własny organizm. Człowiek nie jest w stanie się tego nauczyć gdzieś z książki. To jest sztuka, która przychodzi przez cierpienie. Bo trzeba trochę pocierpieć, żeby się tego nauczyć.

Co stanowi największe ryzyko w trakcie wypraw?

Dla mnie największym ryzykiem w trakcie wyprawy jest natura. Natura, czyli rzeźba terenu, wszystkie związane z tym trudności obiektywne oraz pogoda. To są dwa takie elementy, które są najniebezpieczniejsze na wyprawie. Czyli jak jest kruchy teren, to trzeba uważać na spadające kamienie, jeśli jest lawiniasty, to trzeba uważać na lawiny. Pogoda może się bardzo szybko zmieniać.

I oczywiście następnym zagrożeniem dla wyprawy są ludzie. Czynnik ludzki i czynnik błędu ludzkiego.

W miarach prawdopodobieństwa błąd człowieka popełnia się najczęściej. Błąd człowieka jest najczęściej spotykany i najbardziej prawdopodobny. A potem dopiero zachodzą inne elementy. Więc to jest taka triada: pogoda - rzeźba terenu - człowiek.

Z czego wynikają  błędy człowieka?

Wynikają z tego, że on ma do zrobienia najwięcej rzeczy, w związku z tym, to jakby w liczbach jest największe prawdopodobieństwo. Mówi się, że człowiek wykonuje jedną czynność na sto – źle. I to jest po prostu jeden procent. A że wykonujemy setki tych czynności codziennie, no to ryzyko narasta.

Jak radzi sobie pan ze stresem w trakcie wypraw?

Co tu dużo mówić, nie jestem jakimś  tam gigantem psychologii i tylko doświadczenie mnie ratuje. Ponieważ  wiem, co przeżyłem w tych górach, jeśli pojawia się podobny objaw, który wywołuje podobny stres, to ja sobie szybko diagnozuję, że coś takiego miałem. Mój organizm mówi ok, to wróciło, ale to jest tylko to i to, i będzie tak i tak, więc możesz się odstresować. Część stresu pojawia się u mnie szczególnie dlatego, że mam naturę psa pasterskiego. Moja obawa o moich partnerów, o ludzi, którzy się ze mną wspinają, jest chyba niezdrowo nienormalna, bo ja się bardziej boję o swoich ludzi, niż o siebie samego. I czasami ten strach trochę zżera.

Ma pan może już  wyrobione kryteria doboru ludzi do zespołu?

Nie, tutaj nie ma żadnych kryteriów. Często jeździ się z ludźmi, którzy chcą z tobą pojechać. Ja miałem dokładnie trzy czy cztery razy w życiu taką okazję, że stać mnie było na to, by zaprosić pozostałych uczestników, że mogłem powiedzieć „jedźcie ze mną, ja stawiam tę kolejkę” (śmiech).

W większości przypadków są to jednak takie „składanki firmowe”, po prostu. Ktoś chce jechać, to jedzie. Z tak skompletowanym zespołem bywają czasem problemy. Zwykle jest tak, że w najwyższe góry jadą ludzie bardzo dorośli i dojrzali, ale czasami są odstępstwa od reguły…

Doświadczenie kierownika decyduje o tym, czy na wyprawie jest dobra atmosfera czy zła. On jest tym arbitrem ostatecznym, który powoduje, że na wyprawie się coś fajnego dzieje albo nie.

Dowiedział  się pan o sobie czegoś  nowego w górach?

Trochę tak, ale trochę  się domyślałem, że tak jest. To nie jest tak, że ja wracam taki olśniony. Bum! Nie wiedziałem nic, a teraz wiem o sobie już wszystko. Choć miałem już takie różne fazy, że dorabiałem sobie do tego jakąś ideologię… Tak naprawdę, to góry umocniły we mnie dwie cechy – po pierwsze cierpliwość. Jestem cierpliwy i potrafię być cierpliwy. Siedzenie w tych bazach tygodniami, z powodu braku pogody, tego mnie nauczyło. I to jest jedna rzecz, a druga rzecz, to jest absolutnie duży dystans do rzeczy materialnych. Ja tyle rzeczy w górach zgubiłem, straciłem, zginęły mi, zniszczyły się, że nie mam specjalnie dużej atencji do rzeczy materialnych.  Jeśli się coś stanie, rozwali się, no to trudno. Dla mnie zawsze było ważniejsze, żeby z tego wszystkiego wyjść.  Ubranie się mogło podrzeć, plecak się mógł podrzeć, ale ja jestem cały. Gdyby było odwrotnie byłbym nieszczęśliwy. Rzeczami materialnymi to ja się nie przejmuję, nawet trochę za bardzo.

Planuje pan w najbliższym czasie jakąś wyprawę?

Nie potrafię w tej chwili tak jasno zwerbalizować swoich potrzeb. Za długo tkwię w pewnej monokulturze myślenia. To było myślenie od jednej góry do drugiej. Jak więzień ma centymetry powieszone nad łóżkiem i odcina dzień po dniu, czekając aż mu się kara skończy, tak ja odhaczałem góry od 14 do 0. Po wyjściu z takiego kieratu, teraz nagle przeskoczyć w jakiś inny kierat…, to jest strasznie trudne. Człowiek chce na chwilę poczuć się choć trochę swobodnym i wolnym w decyzjach. Ale ciągnie mnie i chcę sobie coś wymyśleć, tylko to nie może być coś banalnego. To musi być coś, co mi się spodoba i co naprawdę dla mnie zaistnieje.

Proszę sobie wyobrazić,  że nie dalej jak trzy dni temu rozmawiałem z kolegą, który jest pływakiem. Zaproponował byśmy połączyli siły i pojechali do Nepalu. Chce przepłynąć przed najwyżej położone jezioro na świecie, które jest jednocześnie najzimniejszym jeziorem. Jest młodszy ode mnie i jeszcze ma tę ciągotę, żeby zrobić coś „naj”. Ja już takich ciągot nie mam (śmiech). Ale w sumie takie połączenie dwóch rzeczy, a mianowicie tego, że gdzieś się najpierw wespniemy, na jakąś ładną górę, a potem on będzie pływał, a ja go będę z jakiegoś pontonu czy kajaku asekurował… Nagle mi to wszystko zaczęło się podobać. Nie powiedziałem „tak”, że już rzeczywiście i natychmiast, ale pomyślałem sobie… Kurcze, przecież myśleć właśnie w taki sposób, żeby znaleźć coś fajnego, co mi się spodoba, co będzie trochę inne. To był taki pierwszy przykład, że mogę bardzo fajne projekty realizować, odchodząc od tego schematu, w którym pracowałem i myślałem przez wiele lat. Ale to jeszcze musi się w głowie ułożyć, na razie w tej głowie jest totalny chaos. Do końca roku taki będzie. Zobaczymy co będzie się dalej działo. Ja nie stawiam sobie jeszcze żadnych poprzeczek. Ta, którą sobie postawiłem, już przeskoczyłem. Teraz sobie leżę na tym zeskoku i odpoczywam, a czy wstanę i podniosę tę poprzeczkę, czy ją opuszczę, czy przeniosę w inne miejsce,  to zobaczymy.

Dziękuję  za rozmowę.

 


Podziel się:

Wasze komentarze


Informacje / opinie publikowane w komentarzach stanowią subiektywną ocenę użytkownika i nie mogą być traktowane jako porada dotycząca leczenia / stosowania leków . W przypadku wątpliwości prosimy o konsultacje z Farmaceutą Dbam o Zdrowie.

komentarze wspierane przez Disqus