2 lata i 70 urodzeń: efekty rządowego programu prokreacyjnego

Program mający zastąpić in vitro po dwóch latach od uruchomienia przyniósł efekty, które w najlepszym razie nazwać można niesatysfakcjonującymi. Od 2016 roku w jego wyniku na świat przyszło zaledwie 70 dzieci, co w przeliczeniu na środki przekazane na program daje koszt 440 tys. złotych na urodzenie jednego dziecka.

Dane podał „Dziennik Gazeta Prawna”, powołując się na raport opublikowany w serwisie Oko.press. Program został uruchomiony pod koniec 2016 roku jako alternatywa dla wygaszonego w czerwcu tamtego roku rządowego programu in vitro wprowadzonego przez Platformę Obywatelską.

Podstawą leczenia w tym wypadku jest naprotechnologia polegająca na diagnozowaniu i leczeniu niepłodności na podstawie wyników obserwacji kobiecego organizmu. Mowa między innymi o obserwacji śluzu, temperatury czy samopoczucia. Jako taka jest ona więc mało inwazyjna, bezpieczna i tania, jednak zdaniem ekspertów jej skuteczność w przypadku osób dotkniętych poważnymi problemami z niepłodnością jest minimalna.

Kłopoty na starcie

Program od początku borykał się z problemami związanymi między innymi z przekazywaniem środków placówkom, które miały realizować program w poszczególnych województwach. Przykładowo: do połowy 2017 roku żadnych pieniędzy na ten cel nie otrzymały szpitale w Poznaniu i w Łodzi, mimo że program formalnie zaczął funkcjonować jeszcze w 2016 roku. Bardzo długo trwało także przeprowadzanie konkursów na placówki, które miały wziąć udział w programie – w założeniach mówiono o jednym na województwo.

Są pieniądze, nie ma chętnych

Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego ma kosztować w sumie 100 mln złotych. Kwota ta została przeznaczona na jego realizację w latach 2016-2020, obejmując około 8 tysięcy par. Zgodnie z raportem Najwyższej Liczby Kontroli, która badała wykonanie budżetu Ministerstwa Zdrowia w roku 2017, wspomniane liczby tylko w niewielkim stopniu przekładają się na rzeczywistość. W pierwszym roku działania programu, czyli 2017, skorzystało z niego jedynie 107 par, czyli prawie dziesięciokrotnie mniej niż zakładano. Mimo to w tym okresie pochłonął on aż 23,3 mln złotych, czyli niemal 60 procent środków przewidzianych na ten cel. Koszty diagnostyki, która ma być podstawą programu, wyniosły jednak niecałe 50 tysięcy złotych, a więc mniej niż 2 procent zaplanowanego budżetu. Na tej podstawie NIK negatywnie ocenił realizację programu.

Fiasko naprotechnologii

Zgodnie z wyliczeniami mediów, w ciągu dwóch lat trwania programu Ministerstwo Zdrowia przeznaczyło 30 mln zł na sprzęt i adaptację pomieszczeń i kolejne 50 tys. zł na badania diagnostyczne, które rozpoczęły się w 2017 roku. W roku 2018 na ten cel w sumie zostanie wydanych nieco ponad 800 tys. złotych.

W programie jak dotąd wzięło udział 1300 par, co zaowocowało narodzinami 70 dzieci. Na tej podstaw skuteczność programu można ocenić na 5 procent, przy kosztach narodzin 1 dziecka wynoszących ponad 440 tys. zł.

8 tysięcy narodzin z programu in vitro

Ten wynik nie może napawać resortu dumą, ponieważ wypada wyjątkowo blado w porównaniu do efektów rządowego programu in vitro prowadzonego w latach 2014-16 (przy czym dzieci poczęte dzięki niemu rodziły się także w 2017 roku). Z wyliczeń „Dziennika Gazety Prawnej” wynika, że w jego wyniku na świat przyszło dokładnie 8396 dzieci, przy średniej skuteczności zabiegów na poziomie 30 procent, co odpowiada standardom europejskim. W programie na przestrzeni trzech lat udział wzięły prawie 32 tys. par, a ciążą zakończyło się ponad 10 tys. transferów, przy czym niemal 700 z nich to ciąże mnogie. Koszt podatników w przeliczeniu na jedno dziecko wyniósł 35 tys. złotych.

Miejskie wsparcie dla in vitro

Rządowy program został wygaszony, jednak jego koszty wzięło na siebie część miast. Obecnie lokalne programy in vitro są prowadzone w Częstochowie (która wprowadziła go najwcześniej, bo w 2012 roku), Łodzi, Poznaniu, Gdańsku i Warszawie, gdzie na wprowadzenie miejskiego programu in vitro zdecydowano się w 2017 roku. Zasady przystąpienia w każdym wypadku są podobne. Pary (niekoniecznie w związku małżeńskim) chcące wziąć w nim udział muszą być mieszkańcami miasta, spełnić wymagania dotyczące wieku (zazwyczaj nie więcej niż 40 lat w przypadku matki) i udokumentować przynajmniej roczne bezskuteczne starania o zajście w ciążę innymi metodami. Zakwalifikowani mogą otrzymać dofinansowanie do trzech procedur in vitro w kwocie nie wyższej niż 5 tysięcy złotych za każdą. Część miast oferuje również wsparcie w przypadku adopcji zarodka.

Narodowy Program Prokreacyjny wypada blado także w świetle wyników, jakie na własną rękę uzyskują poszczególne miasta finansujące program in vitro dla mieszkańców. Przykładowo tylko w Łodzi w ciągu dwóch lat jego funkcjonowania na świat przyszło 80 dzieci na 550 par biorących w nim udział w tym okresie.

Kontrowersyjna naprotechnologia

Rządowy program prokreacyjny od początku spotykał się ze sprzecznymi opiniami, a wielu ekspertów wciąż podważa jego sensowność. Jasnego stanowiska w tej kwestii nie zajęła także Agencja Oceny Metod i Technologii Medycznych. W kwietniu 2016 roku Rada Przejrzystości działająca przy AOMiTM skrytykowała naprotechnologię jako metodę leczenia niepłodności, jednak już w sierpniu, opiniując ją na potrzeby Narodowego Programu Prokreacyjnego, nie miała żadnych zastrzeżeń. Tym większe wątpliwości budzi fakt, że to samo gremium pozytywnie opiniowało rządowy program in vitro realizowany w latach 2013-2016. Wówczas nie było wątpliwości, że in vitro to technologia medyczna powszechnie stosowana w leczeniu niepłodności, a sam program jest dobrze przygotowany.

Zgodnie z szacunkami, na które w liście do ministra Konstantego Radziwiłła powoływał się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, problem z poczęciem dotyczą około 1,5 mln polskich par, a 60 procent z nich w ich zwalczaniu musi posiłkować się pomocą medyczną.

Źródło: Dzienik Gazeta Prawna, Gazeta Wyborcza, Polska Agencja Prasowa


Podziel się: