×
DOZ.PL Darmowa
aplikacja
DOZ.pl
Zainstaluj

7 rodzicielskich nawyków, które nie są eko

Rodzicielstwo to jedno z największych życiowych wyzwań. Od pierwszych dni po narodzeniu dziecka pracujemy w pocie czoła, by je wykarmić, utrzymywać w czystości, zdrowiu i komforcie. Stajemy się wtedy konsumentami na dwa etaty, często zapominając o ekologii. I o tym, że tony śmieci i zanieczyszczone powietrze w spadku dostaną po nas właśnie nasze dzieci...

Używanie nieekologicznych jednorazowych pieluszek – zawsze i wszędzie

Od kiedy pojawiły się na zachodnich rynkach, życie rodziców stało się tysiąc razy łatwiejsze! Ale po paru dekadach używania ich musieliśmy się zmierzyć ze smutną prawdą: jednorazowe pieluchy to dodatkowe setki tysięcy ton odpadów – według raportu brytyjskiej agencji ds. środowiska (Environment Agency) stanowią one nawet 2-3 proc. ogółu odpadów produkowanych przez zachodnie gospodarstwa domowe. Co gorsza, zwykła jednorazowa pielucha rozkłada się – według różnych źródeł – od 100 do nawet 800 lat!

Rozwiązaniem wydawał się powrót do tradycyjnego pieluchowania – na rynku pojawiły się sprytnie uszyte, wygodne i bajecznie kolorowe pieluszki wielorazowe. Wybór jest ogromny – zazwyczaj składają się one z zewnętrznych nieprzemakalnych majteczek i wewnętrznego wkładu, co umożliwia wymianę podczas przewijania dziecka jedynie tego, co się zabrudziło, nie zaś całej pieluszki. Systemów pieluchowania jest co najmniej kilka rodzajów, a w Internecie znaleźć możemy nie tylko sklepy z pieluszkami, ale też setki poradników, środków do prania, koszy i wiele innych akcesoriów, które mają ułatwić życie ekorodzicom.

Gdy jednak wielki boom wielorazowych pieluszek trwał w najlepsze, specjaliści od środowiska zaczęli się zastanawiać, czy rzeczywiście sprawy zmierzają we właściwym kierunku. Ekopieluchowanie, mimo że z pewnością zmniejsza ilość wyrzucanych przez nas odpadów, wiąże się bowiem z koniecznością ciągłego prania i suszenia dodatkowych porcji tekstyliów. A nadmierne zużycie wody i energii elektrycznej wcale nie jest przecież mniejszym zmartwieniem ekologów niż tony śmieci. Czy więc używanie wielorazowych pieluch jest zbędnym wysiłkiem z punktu widzenia dbania o środowisko? Według wyżej wspomnianego raportu można przyjąć, że tak – okazało się bowiem, że żadna z metod pieluchowania nie była lepsza od drugiej, jeśli chodzi o wpływ na środowisko, choć oczywiście skutki używania każdej z nich były zupełnie różne. 

Mimo wszystko wielorazowe pieluchy wciąż kojarzone są z dbaniem o planetę. Skądinąd słusznie. Mamy przecież coraz bardziej przyjazne środowisku pralki, środki czystości, nie musimy korzystać z elektrycznych suszarek – a to wszystko redukuje niekorzystne skutki używania wielorazówek.

Warto też pomyśleć o ekopieluchowaniu ze względu na dbałość o zdrowie dziecka. Zwykłe jednorazowe pieluchy zawierają nie tylko chlor i sztuczne barwniki, ale także poliakrylan sodu – ten wprawdzie wchodzi w skład granulatu pochłaniającego wilgoć, zatem nie ma bezpośredniego kontaktu ze skórą dziecka, jednak w razie przypadkowego rozerwania pieluszki może być dla naszego malucha niebezpieczny. 

Opcją dla tych, którzy obawiają się gór prania, są też jednorazowe pieluszki ekologiczne zawierające znacznie mniej trudno rozkładających się komponentów; poza tym nie są one bielone chlorem.

Podsumowując: w całym pieluszkowym galimatiasie najlepsza wydaje się jedna opcja: zdrowy rozsądek. Spróbujmy pieluch wielorazowych – z pewnością najzdrowszych dla naszego dziecka, ale nie panikujmy, jeśli z powodu choroby, wyjazdu na wakacje czy trudnego czasu ząbkowania wrócimy przejściowo do jednorazówek. Albo jeśli okaże się, że zabawa w wielorazowe pieluchy stanie się dla nas udręką. Poza tym – o ile możemy sobie na to pozwolić – zacznijmy kupować jednorazówki ekologiczne. 

I jeszcze jedno – jeśli już decydujemy się na pieluszki jednorazowe, nie pakujmy ich po użyciu dodatkowo w foliowe woreczki. Obawiasz się przykrego zapachu? Zainwestuj w porządny kosz na pieluchy ze szczelną pokrywą, a same pieluszki dokładnie zwijaj przed wyrzuceniem. Przynajmniej tyle możemy – nie dorzucać do nich dodatkowych porcji śmieci.

Kupowanie wyłącznie nowych ubranek

To mit, że dla naszego maleństwa najlepsze będzie to, co nowe i świeże. Jest zupełnie odwrotnie – im więcej razy uprane i użyte ubranko, tym lepiej dla delikatnej skóry dziecka, szczególnie czułej na sztuczne barwniki i chemikalia użyte do produkcji odzieży. O ile nie kupujemy – zazwyczaj ze względów finansowych lub braku czasu – ubranek z ekologicznej bawełny, niebarwionych (lub barwionych metodą przyjazną środowisku), narażamy nasze dziecko na kontakt z tym, o czym wolelibyśmy nie wiedzieć… Na przykład z:

  • nonylofenolami etoksylowanymi (NPE) wchodzącymi w skład detergentów, których używa się do produkcji odzieży, podejrzanymi o szkodliwy wpływ na gospodarkę hormonalną człowieka,
  • barwnikami mogącymi wywoływać reakcje alergiczne,
  • potencjalnie rakotwórczymi ftalanami używanymi do utrwalania nadruków na koszulkach,
  • chlorofenolami czy chlorowanymi fenolami używanymi w obróbce materiałów,
  • pestycydami.

Choćby z tego powodu warto rozejrzeć się za używaną wyprawką – czyli ubrankami, które ktoś już pewnie wiele razy uprał, więc przynajmniej część potencjalnie szkodliwych związków została z nich wypłukana. Co zaś najważniejsze w kontekście dbania o środowisko – kupując używane, nie napędzamy popytu na produkcję kolejnych porcji ubrań – nie dość, że szkodliwą dla środowiska, to jeszcze przyczyniającą się do powstawania kolejnych setek ton odpadów.

Jeśli w twojej rodzinie nie ma starszych dzieci – nic nie szkodzi. W Internecie aż roi się od ogłoszeń z ofertami sprzedaży używanych ubranek. Korzystanie z nich dawno przestało być oznaką materialnego niedostatku. Wręcz przeciwnie – stało się modnym sposobem na pokazanie, jak bardzo dbamy o planetę. Przy okazji zaoszczędzimy pieniądze, które możemy wydać na lepszej jakości produkty spożywcze lub tekstylia produkowane w sposób bardziej przyjazny środowisku.

I jeszcze jedna uwaga – jakiekolwiek ubranka kupujemy, sprawdzajmy, czy mają certyfikat Öko-Tex Standard 100 – ten przyznawany jest tylko producentom, którzy nie stosują substancji potencjalnie szkodliwych dla zdrowia, również tych wyżej wymienionych.

Prasowanie wszystkiego i zużywanie prądu

W niemal każdym poradniku na temat pielęgnacji niemowląt znajdziemy informację o konieczności uprania i uprasowania każdej nowej części garderoby maluszka, zwłaszcza noworodka. Na niektórych internetowych forach to wręcz wyznacznik bycia idealną mamą!

Rzeczywiście – po zakupieniu ubranka, mimo że jest ono teoretycznie czyste, należy je uprać, aby zredukować ryzyko kontaktu z chemikaliami używanymi do produkcji odzieży. Podczas prania używanych już rzeczy usuwamy też oczywiście widoczny brud i przynajmniej część bakterii, grzybów czy roztoczy. Prasowanie zaleca się natomiast jako dodatkową metodę pozbycia się drobnoustrojów, a także sposób na to, by ubranka były przyjemniejsze w dotyku.

Okazuje się, że w większości przypadków nawyk prasowania każdego ubranka jest zupełnie bezzasadny, a przy tym nieekologiczny, gdyż przyczynia się do większego zużycia energii elektrycznej, która w Polsce, jak wiadomo, pochodzi głównie ze źródeł nieodnawialnych. Tymczasem od lat w naukowym świecie wiele mówi się o tym, że nadmiar higieny i zbyt sterylne środowisko wcale nie sprzyjają zdrowiu – jeśli dziecko nie ma kontaktu z niemal żadnymi drobnoustrojami, jego organizm nie jest w stanie wypracować naturalnej odporności. Dlatego – przynajmniej na co dzień – najlepiej ograniczyć dbałość o wygląd ubranek naszych dzieci do porządnego rozwieszenia ich na suszarce i dokładnego złożenia.

Prasowanie najlepiej zostawić na te okazje, gdy chcemy, aby nasze dziecko wyglądało szczególnie schludnie – na przykład urodziny czy niedzielny obiad u babci. Jeśli zaś idziemy na zwykły spacer czy po prostu siedzimy na dywanie, maluch będzie się bawił tak samo dobrze w mniej wygładzonym ubraniu, jak w idealnie wyprasowanym.

Wprawdzie ilość energii elektrycznej, którą zużywamy na prasowanie nie jest duża: pół godziny prasowania to pobór energii rzędu 0,52 kWh, co rocznie – przy założeniu, że prasujemy dwa razy w tygodniu po pół godziny – daje kwotę zaledwie ok. 33 zł. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę miliony gospodarstw domowych, rezygnacja z prasowania przełoży się na naprawdę sensowny i znaczący dla środowiska rezultat.

Urządzanie codziennych rytualnych kąpieli

Wśród porad dla młodych rodziców wiele znajdziemy też takich, które zalecają wprowadzenie na stałe codziennych rytuałów, takich jak stałe pory snu, kąpiel i inne czynności pielęgnacyjne, śpiewanie kołysanek czy czytanie książeczek. To wszystko ma ułatwić dzieciom przystosowanie się do pożądanego przez nas rytmu dnia – chodzi przede wszystkim o bezproblemowe zasypianie.

Rady te niewątpliwie mają sens, ale abstrahując od ich wykonalności – bo przecież potrzeby i możliwości maluszka zmieniają się z dnia na dzień i pragnie on przede wszystkim ciepła i obecności mamy, a nie tresury – jeden element należałoby z nich na stałe usunąć. Jest to codzienna kąpiel – prosta droga do przesuszenia skóry (bez względu na to, w czym kąpiemy dziecko) czy nawet wywołania reakcji alergicznych – jeśli źle dobierzemy kosmetyki.

Częste kąpiele w wanience pełnej wody przyczyniają się ponadto do nadmiernego jej zużycia. Lepiej więc na co dzień myć dziecko jedynie „miejscowo”, a więc skupić się na okolicach pieluszkowych, buzi, rączkach, szyi, okolicach uszu – czyli wszędzie tam, gdzie mogą zbierać się resztki mleka czy zabrudzenia po stałych pokarmach, zabawie itd.

Wskazaniem do częstszej kąpieli może być jedynie uporczywa ciemieniucha, której leczenie wymaga regularnego używania preparatów przeciw tej przypadłości, lub leczenie innych problemów skórnych, jeśli wiąże się ono ze stosowaniem specyfików, które musimy potem zmyć. Jednak zdrowe niemowlę czy dziecko spokojnie możemy kąpać nawet co tydzień – i nic się nie stanie! W ten sposób zaoszczędzimy nie tylko wodę, ale też czas na zabawę, odpoczynek czy dłuższy wieczorny spacer.

Jedzenie gotowców z plastikowych opakowań

Tak, przyznajmy – gotowce przydają się wtedy, gdy jesteśmy chorzy, wyjątkowo zabiegani czy akurat postanowiliśmy zrobić sobie absolutne wakacje od obowiązków. To, że są w sklepach nie oznacza jednak, że powinniśmy z nich korzystać cały czas. I wcale nie chodzi tu tylko o gotowe pierogi, kotlety czy inne wyroby garmażeryjne, ale też najzwyklejsze produkty, którymi zwykliśmy karmić siebie i nasze dzieci codziennie. Są to więc przede wszystkim gotowe, zwykle dosładzane ogromną ilością cukru soczki, jogurciki, serki, deserki, czekoladowe płatki i inne „dobra”. Pomijając kwestie zdrowotne – powinniśmy z nich zrezygnować choćby dlatego, że większość sklepowych produktów sprzedawana jest w plastikowych opakowaniach. Wydaje Ci się, że nie jest to problemem, od kiedy istnieje recykling? Nic bardziej błędnego! Popyt nakręca podaż, a więc i produkcję sztucznych opakowań. Ta zaś zawsze oznacza emisję CO2 i innych chemikaliów, które trafią do rzek, mórz i oceanów, a także zanieczyszczą powietrze wokół nas. Zamiast więc dawać dziecku serek z plastikowego kubeczka, przygotuj naturalny jogurt samodzielnie (może on stać w lodówce przez kilka dni i być bazą do przygotowania kolejnego jogurtu – nawet jeśli kupisz mleko w plastikowej butelce, będzie to butelka litrowa, a więc wystarczy na dłużej niż gotowy jogurcik, co oznacza mniej kupionego plastiku) i dodaj do niego świeże lub mrożone owoce, ewentualnie łyżeczkę miodu. Podobnie można zrezygnować z innych produktów – włącznie z keczupem, miodowymi „kółeczkami” i innymi dodatkami, które spokojnie można zastąpić domowej produkcji sosem pomidorowym i – odpowiednio – płatkami owsianymi kupionymi w klasycznej papierowej torebce, do których można dodać suszone owoce czy prawdziwy miód. Zdrowiej dla nas, zdrowiej dla planety. Najlepiej przyjąć zasadę: gdy sięgam po cokolwiek ze sklepu, zastanawiam się, czy na pewno muszę kupić to w plastiku. Czasem nie da się inaczej, ale spróbujmy! A zatem: keczup – nigdy więcej, suszone morele – lepiej pół kilo na wagę niż 100 gramów w plastikowej torebeczce, serek – nigdy więcej, lepszy twaróg na wagę, a do tego rodzynki i miód w szklanym słoiku! Chleb – lepsze trzy bez opakowania, prosto z piekarni (z czego dwa można zamrozić na weekend) niż kupowanie potem pakowanego w plastik pieczywa na stacji benzynowej, gdy zaskoczy nas wolna od handlu niedziela. Proste? Nie, ale na pewno warte rozważenia. Dobre nawyki nie rodzą się od razu.

Picie wody butelkowanej

Wśród uniwersalnych zaleceń żywieniowych dla dzieci i niemowląt właściwie zawsze wymienia się picie wody. Do przygotowania mieszanki mlekozastępczej poleca się nawet konkretnego producenta, co zapewne jest skutkiem rozprzestrzenienia się jakiejś miejskiej legendy. Tymczasem testy wykonane przez Inspekcję Handlową w 2006 roku czy kontrola Pro-Test wykonana na zlecenia Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w 2011 roku wykazały, że wody butelkowane w Polsce charakteryzują się nikłą zawartością pierwiastków korzystnych dla zdrowia. Biorąc pod uwagę to, że w naszym kraju nadal ponad 80 proc. odpadów pochodzących z opakowań trafia na wysypiska, jak również to, iż produkcja 1 litra wody butelkowanej wiąże się z emisją ok. 1 kg CO2 – a woda ta musi być potem rozwieziona do hurtowni i sklepów tysiącami samochodów emitujących kolejne spaliny – nawyk kupowania dzieciom (i sobie) wody jest zupełnie bezsensowny, kosztowny i szkodliwy. Zrezygnujmy z niego, zaopatrzmy się w dobrej jakości butelki wielorazowe, które można zabrać na wycieczkę czy spacer. Jakie? Najlepiej szklane ze zwykłą zakrętką. Nawet sześciomiesięczne dziecko można nauczyć pić ze zwykłego kubeczka – oczywiście z naszą pomocą.

Korzystajmy z wody z kranu. Jeśli nie przepadamy za jej smakiem – spróbujmy kupić odpowiedni filtr przelewowy z dzbankiem. Gdybyśmy wszyscy kupowanie wody butelkowanej ograniczyli jedynie do sytuacji wyjątkowych (gdy na przykład zapomnieliśmy zabrać ze sobą torbę z prowiantem), znacząco ograniczylibyśmy produkcję odpadów.

Kupowanie plastikowych zabawek

„Rozpieszczone dziecko to takie, które dostaje za dużo tego, czego nie potrzebuje, i za mało tego, czego potrzebuje” – tak mówi Jesper Juul, duński psychoterapeuta rodzinny specjalizujący się w nurcie zwanym rodzicielstwem bliskości. Trudno się z nim nie zgodzić. Sądzisz, że twoje dziecko naprawdę potrzebuje kolejnej grającej zabawki na baterie? Odpowiedź jest oczywista – tak naprawdę bardziej potrzebujemy jej my, rodzice, by zająć dziecko wtedy, gdy my akurat nie mamy czasu zająć się nim.

I nie ma w tym nic złego! Nikt nie jest w stanie bawić się z maluchem non stop. Są jednak lepsze sposoby na zorganizowanie mu czasu niż góra plastiku – choćby kupno zabawek drewnianych (nieśmiertelnych klocków i ciuchci!) czy wykonanych z używanych tekstyliów – na przykład kostek czy mat sensorycznych uszytych przez zdolne mamy sprzedające swoje wyroby w Internecie. Poza tym do zabawy możemy dać dziecku wiele przedmiotów domowego użytku, o ile nie stwarzają zagrożenia dla malucha – nie mają ostrych krawędzi czy małych elementów. Mogą to być kuchenne naczynia, drewniane łyżki, sitka, twarde owoce i warzywa – do zabawy w gotowanie; szmatki, tasiemki, szczotka do włosów – do zabawy w ubieranie lalki itp. Wszystko zależy oczywiście od wieku i możliwości dziecka. Pamiętajmy, że dzieci starają się naśladować wszystko, co robią rodzice, więc pomysły na zabawę możemy czerpać z naszych codziennych aktywności. Przed laty mało który maluch miał więcej niż kilka zabawek, często była to jedna lalka czy autko. Dzieci bawiły się więc tym, co znalazły w domu lub przed nim, rozwijając w ten sposób kreatywność. W tej kwestii warto wsłuchać się we wspomnienia przeszłych pokoleń.


Podziel się: