Nierzetelni pacjenci na czarnej liście. Co na to RODO?

Pacjenci, którzy spóźniają się na wizyty lub notorycznie je ignorują są zmorą publicznych przychodni i przyczyniają się do wydłużania kolejek, zajmując miejsce autentycznie potrzebującym pomocy. Z tym problemem postanowili zawalczyć sami lekarze, tworząc listę pacjentów, których odpowiedzialność w tym względzie pozostawia wiele do życzenia. Problem w tym, że wgląd w tę listę może mieć każdy. 

Listę pacjentów „na cenzurowanym” znaleźć można pod adresem www.niesolidnypacjent.pl. Dostęp do niej w teorii mają wyłącznie lekarze, którzy w tym celu muszą zalogować się używając swojego numeru prawa do wykonywania zawodu. Numery te są jednak dostępne publicznie, ponieważ każdy może je odnaleźć w Centralnym Rejestrze Lekarzy RP i przejrzeć listę na własną rękę. Lista zawiera wyłącznie numery telefonów pacjentów, ale to wystarczy, by móc mówić o naruszeniu prawa do ochrony danych osobowych. Takie wątpliwości wyraził Urząd Ochrony Danych Osobowych, który zamierza bliżej przyjrzeć się sprawie listy niesolidnych pacjentów. Prezes urzędu uważa również, że funkcjonowanie strony mogłoby grozić ograniczeniem dostępu do świadczeń medycznych osobom, które mają do nich prawo.

Żadnemu, nawet najbardziej niesolidnemu pacjentowi, który opłaca składki ubezpieczeniowe, nie można odmówić wizyty w publicznej przychodni tylko ze względu na fakt, że opuszczał poprzednie. 

Groźbą i karą

Obecnie na liście znajduje się 100 nazwisk, a jej pomysłodawca – stomatolog Marcin Kufczyk – stworzył stronę w reakcji na własne problemy z niesolidnymi pacjentami. Ma ona pomóc lekarzom w sprawdzeniu, czy rejestrujący się pacjent należy do tych, którzy notorycznie nie stawiają się na wizyty – wystarczy sprawdzić go w bazie wpisując numer telefonu. We własnym gabinecie stosuje „bat” na nierzetelnych pacjentów pod postacią kary wynoszącej 50 zł za niestawienie się na wizytę, która nie została odwołana. Jak twierdzi, skala zjawiska jest duża. W jego przypadku wizyty omija nawet połowa zarejestrowanych, mimo że rezygnację można zgłosić nawet na dwie godziny przed terminem.

Prywatny abonament nie chroni przed kolejkami

Jak widać – problem sztucznie wydłużanych kolejek dotyczy także prywatnej służby zdrowia, za co do pewnego stopnia odpowiada upowszechnienie się abonamentów medycznych. Swoboda, którą dają, skłania wiele osób do umawiania się na wizyty na wszelki wypadek, gdy nie trapi nas konkretna lub poważna dolegliwość. Dla posiadaczy abonamentów medycznych takie wizyty nie wiążą się z dodatkowymi opłatami, dlatego podobnie jak pacjenci publicznej służby zdrowia, decydują się na nie częściej – tym samym blokując miejsca osobom autentycznie potrzebującym pomocy. 

W przypadku publicznej służby zdrowia do powstawania kolejek i zjawiska omijania wizyt przyczyniają się także jej bolączki. Czas oczekiwania między rejestracją a terminem bywa tak duży, że pacjenci często zapominają o wizycie wyznaczonej kilka lub kilkanaście miesięcy wcześniej. Nie pojawiając się na niej, zajmują miejsce innej osobie.

Każdą wizytę lekarską można i powinno się odwołać, jeśli nie zdołamy się na nią stawić. W prywatnej służbie zdrowia sposobem na eliminację tego problemu jest wysyłanie przypomnień SMS, na które coraz częściej decydują się także placówki publiczne. 

Pomysł wyciągania konsekwencji za niestawianie się na wizyty budzi kontrowersje, ale nie jest nowy – na zachodzie pacjenci od lat znają to rozwiązanie. Na przykład w Szwecji pacjentom grozi nie tylko kara finansowa, ale też czasowe pozbawienie prawa do bezpłatnych wizyt w systemie publicznym. 

Brakuje lekarzy

Kolejki, kary i problemy mają jedno podstawowe podłoże: niedobór specjalistów. Tylko w 2016 roku o zaświadczenia o postawie etycznej, które są niezbędne, by podjąć pracę na terenie Unii Europejskiej, wystąpiło ponad 800 lekarzy. 

Problemy kadrowe w polskiej służbie zdrowia są poważne i systematycznie się pogłębiają. Zgodnie raportem OECD z 2015 roku Polska ma najmniej lekarzy w całej Unii Europejskiej. Na 1000 mieszkańców przypada średnio 2,2 lekarza, podczas gdy średnia dla wspólnoty wynosi 3,3. Tendencja jest stała, ponieważ, zgodnie z raportem, od 2000 roku liczba lekarzy w Polsce w zasadzie się nie zmienia, co przy rosnącej średniej ich wieku (wówczas wynosiła prawie 50 lat) oznacza, że grozi nam dalszy odpływ specjalistów. Największe niedobory obserwuje się w szpitalach powiatowych i wśród lekarzy rodzinnych, przy czym w drugim wypadku są one w dużej mierze uzależnione od regionu. Z raportu NFZ z 2016 roku wynika, że np. w Wielkopolsce i na Mazowszu na jednego lekarza rodzinnego przypada niemal 2 tysiące pacjentów, podczas gdy w województwie kujawsko-pomorskim niecałe 1200. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest duża skala emigracji wśród przedstawicieli tego zawodu. W efekcie nasi specjaliści zasilają kadry poza krajem, natomiast my wciąż nie opracowaliśmy systemu, który pozwoliłby na zatrudnianie w Polsce lekarzy z zagranicy

W przypadku specjalistów niedobory są zjawiskiem obserwowanym od lat, jednak w najbliższym czasie możemy liczyć się także ze spadającą liczbą lekarzy pierwszego kontaktu. Niedawne reformy, takie jak między innymi wprowadzenie pakietu onkologicznego, nałożyły na nich więcej obowiązków bez obietnicy wyższych zarobków, co musiało odbić się na ich dalszych planach zawodowych.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna, Business Insider, RMF FM


Podziel się: