Czy nowe standardy okołoporodowe wymuszą zamykanie porodówek?

Wprowadzenie przepisów o standardach okołoporodowych to dobra wiadomość dla obecnych i przyszłych matek, jednak niekoniecznie dla szpitali. Zmiany przepisów obciążą je kosztami, które najmocniej dotkną te porodówki, na których rodzi się najmniej dzieci. W efekcie prowadzenie takiego oddziału może stać się nieopłacalne.

Eksperci szacują, że oddział ginekologiczno-położniczy nie generuje strat od poziomu 300-400 porodów rocznie. Mniej dzieci obecnie rodzi się na około jednej piątej porodówek w Polsce, co daje około 80 oddziałów. To sporo, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w 2017 roku po raz pierwszy od dekady liczba urodzeń przekroczyła 400 tysięcy - pisze Rynek Zdrowia. W kolejnych latach prawdopodobnie będzie ona spadać, ponieważ w wiek reprodukcyjny wchodzić będą roczniki z mniejszą liczbą kobiet.

Coraz mniej porodówek

Już teraz malejąca liczba narodzin przekłada się na likwidację oddziałów ginekologiczno-położonych w niektórych szpitalach. W 2010 roku utrzymywało je ponad 450 placówek w całym kraju, a obecnie tylko nieco ponad 400. Cytowany przez Rynek Zdrowia prof. Krzysztof Czajkowski, konsultant krajowy w dziedzinie położnictwa i ginekologii zauważa ponadto, że na oddziałach, gdzie odbywa się około 200 porodów rocznie (w praktyce jeden na kilka dni) wątpliwości budzić może także doświadczenie i przygotowanie personelu, który nie ma możliwości rozwoju kwalifikacji. Kameralny oddział może wydawać się rodzącym bardziej komfortowy, jednak z tego punktu widzenia nie zawsze zagwarantuje właściwy przebiegu porodu, podczas którego pojawią się komplikacje. 

Porodówki nie znikną całkowicie, ale ich liczba może zmaleć, co będzie uciążliwe dla rodzących, które mogą być zmuszone dojeżdżać do placówki oddalonej nawet o kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania. 

Jakość opieki na pierwszym miejscu

Eksperci są jednak zgodni, że w przypadku oddziałów położniczych kwestie ekonomiczne powinny znajdować się na dalszym planie, ponieważ na pierwszym znajduje się zapewnienie ciężarnym jak najlepszej opieki. Kobiety rodzą dzieci coraz później, co zwiększa ryzyko powikłań, a świadomość praw, jakie przysługują im w szpitalu również jest znacznie bardziej powszechna. Do rangi symbolu urosły liczne apele o udostępnienie wszystkim rodzącym możliwości skorzystania ze znieczulenia zewnątrzoponowego przy porodzie fizjologicznym. Przez wzgląd na brak anestezjologów, w zdecydowanej większości szpitali taka forma znieczulenia to wyjątek, a nie reguła, a w wielu z nich w ogóle nie dopuszcza się możliwości stosowania go. Anestezjolog musi być obecny przy porodzie przez cięcie cesarskie, którego nie można przeprowadzić bez znieczulenia, jednak w przypadku porodu siłami natury takiego obowiązku nie ma.

Dofinansowanie do znieczulenia zewnątrzoponowego miało, przynajmniej w teorii, zwiększyć jego dostępność i zmniejszyć liczbę cięć cesarskich. W praktyce liczba znieczuleń wciąż jest bardzo niska, a porody cesarskie nadal cieszą się ogromną popularnością.

Wciąż brakuje anestezjologów

NFZ wycenił znieczulenie zewnątrzoponowe na 416 złotych, które trafia do szpitalnej kasy po każdym porodzie z jego użyciem. Wcześniej wszystkie porody, ze znieczuleniem lub bez, były wyceniane tak samo (na około 1800 zł), więc placówki nie miały motywacji żeby wychodzić poza standard. NFZ twierdzi, że od lipca 2016 roku, gdy nowe przepisy weszły w życie, liczba porodów ze znieczuleniem zewnątrzoponowym wzrosła trzykrotnie, jednak statystyki pokazują, że ich ilość pozostała na bardzo podobnym poziomie. Zgodnie z informacjami „Dziennika Gazety Prawnej”, w pierwszym roku obowiązywania nowej wyceny takich zabiegów wykonywano 1600 rocznie, a obecnie około 1700. Oznacza to, że szansę na poród bez bólu ma zaledwie jedna na 12 rodzących. 

Zwiększenie dostępności znieczulenia zewnątrzoponowego miało również wpłynąć na spadek liczby porodów przez cięcie cesarskie. Ze statystyk wynika, że na tle Europy przodujemy w liczbie zabiegów tego typu, które obecnie stanowią niecałe 40 proc. wszystkich porodów. W 2016 roku ich odsetek wyniósł dokładnie 37.4 proc., podczas gdy przed wprowadzeniem zmian w lipcu 2016 roku 44 proc. porodów odbywało się tą metodą. 

Mało personelu, wiele obowiązków

Nowe standardy okołoporodowe mają objąć także ustalenia dotyczące przebiegu i kwalifikacji do porodu, włącznie z możliwością wyboru miejsca, w którym się odbędzie, wspomnianego już sposobu niwelowania bólu oraz obecności członka rodziny przy porodzie, które w myśl nowelizacji ma być prawem kobiety.

Nacisk kładziony będzie również na edukację, w tym przygotowanie kobiety do naturalnego karmienia, ogólną wiedzę o laktacji i korzyściach z niej płynących oraz umiejętności opieki nad noworodkiem. To zadanie dla położnych, które jednak już teraz mają na tyle dużo obowiązków, że obciążenie ich kolejnymi może wymusić zwiększenie zatrudnienia. Większy udział w opiece nad ciężarną zgodnie ze standardami mają mieć także psychologowie, którzy do tej pory nie byli obecni na oddziałach położniczych na stałe. To błąd, ponieważ depresja jest najczęstszym powikłaniem okresu okołoporodowego, dotykającym więcej matek niż np. cukrzyca ciążowa. Wbrew nazwie, może rozpocząć się jeszcze przed narodzinami dziecka i trwać w nawet do roku po porodzie. By zmniejszyć skalę problemów z depresją poporodową należałoby wprowadzić przesiewowe testy psychologiczne określające ryzyko zachorowania na depresje poporodową u matek. Jedną z metod jest stosowanie tzw. Edynburskiej Skali Depresji Poporodowej, czyli testu złożonego z 10 pytań, które na podstawie subiektywnych odczuć ciężarnej pozwalają stwierdzić, czy zasadne byłoby udzielenie jej pomocy psychologicznej. 

Dziennik Gazeta Prawna, Rynek Zdrowia, Polska Agencja Prasowa


Podziel się: