U prywatnego lekarza też poczekamy w kolejce

Minęły czasy, gdy posiadanie prywatnego abonamentu medycznego gwarantowało dostęp do lekarza niemal od ręki. Braki kadrowe sprawiły, że również tam, gdzie płacimy za leczenie, kolejki stają się normą, zwłaszcza gdy mowa o wizytach u lekarzy rzadkich specjalności.

Średnio pięć dni oczekiwania na wizytę u ginekologa i nawet trzy tygodnie w przypadku endokrynologa – tyle na wizyty u wspomnianych specjalistów czekać muszą posiadacze prywatnych abonamentów zdrowotnych. Wyliczenia dokonane przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” pokazują, że płatna opieka zdrowotna powoli, ale systematycznie traci swój największy walor, którym jest szybki dostęp do lekarza dowolnej specjalności. Obecnie sytuacja w najpopularniejszych przychodniach jest na tyle trudna, że nawet na wizytę u internisty trzeba czekać do dwóch dni. 

Lekarze uciekają z Polski

Taki stan rzeczy wynika przede wszystkim z niedoboru lekarzy, którzy mimo lepszych warunków oferowanych im w prywatnych klinikach coraz chętniej wybierają praktykę zagraniczną. Tylko w 2016 roku o zaświadczenia o postawie etycznej niezbędne do pracy na terenie Unii Europejskiej wystąpiło ponad 800 z nich. 

W przypadku specjalistów niedobory są zjawiskiem obserwowanym od lat, jednak w najbliższym czasie możemy liczyć się także ze spadającą liczbą lekarzy pierwszego kontaktu. Niedawne reformy, takie jak między innymi wprowadzenie pakietu onkologicznego, nałożyły na nich więcej obowiązków bez obietnicy wyższych zarobków, co musiało odbić się na ich dalszych planach zawodowych.

Kolejki to również wina pacjentów

Z drugiej strony, na kolejki w prywatnej służbie zdrowia coraz częściej wpływa mechanizm obserwowany w placówkach publicznych. Mowa o umawianiu się na wizyty „na wszelki wypadek”, gdy nie trapi nas konkretna lub poważna dolegliwość. Dla posiadaczy abonamentów medycznych takie wizyty nie wiążą się z dodatkowymi opłatami, dlatego podobnie jak pacjenci publicznej służby zdrowia, decydują się na nie częściej tym samym blokując miejsca osobom autentycznie potrzebującym pomocy. 

Problem kolejek do specjalistów ma także inne podłoże, związane z postawą samych pacjentów. W publicznej służbie zdrowia dużym problemem jest nie stawianie się na umówione wizyty. Czas oczekiwania między rejestracją a terminem bywa tak duży, że pacjenci często zapominają o wizycie wyznaczonej kilka lub kilkanaście miesięcy wcześniej, nie pojawiając się na niej, zajmują miejsce innej osobie. Każdą wizytę lekarską można i powinno się odwołać, jeśli nie zdołamy się na nią stawić. W prywatnej służbie zdrowia sposobem na eliminację tego problemu jest wysyłanie sms-owych przypomnień, na które coraz częściej decydują się także placówki publiczne.  

Jak zatrzymać lekarzy w Polsce?

Jak zaradzić temu problemowi? Jedynym sposobem jest zwiększenie liczby lekarzy, co wiąże się z udostępnieniem większej liczby miejsc na studiach medycznych, jak również zapewnienia stosownej ilości miejsc prezydenckich, zwłaszcza na kierunkach deficytowych. Interwencja resortu zdrowia byłaby niezbędna także w kwestii podnoszenia zarobków lekarzy, które na chwilę obecną nie zachęcają ich do pozostawania w Polsce, zwłaszcza jeśli nie posiadają prywatnej praktyki. 

Jednym z pomysłów, który pojawił się w kontekście niedoboru lekarzy, jest zobowiązanie ich do pracy w kraju przez przynajmniej pięć lat po zakończeniu studiów. Zdaniem jego twórcy Jarosławia Gowina, Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, wspomniane zobowiązanie miałoby być formą „zwrotu długu” wobec państwa za zapewnienie lekarzom darmowej edukacji. Wspomniany pomysł pojawił się w kontekście zamiaru wprowadzenia płatnej edukacji na niektórych kierunkach, spod której na wspomnianej zasadzie mieliby zostać wyłączeni między innymi lekarze i pracownicy innych zawodów medycznych. 

Źródło: Rzeczpospolita


Podziel się: