Podatkiem w fast foody: za niezdrowe zapłacimy więcej

Ministerstwo Finansów, idąc za przykładem innych krajów, rozważa wprowadzenie podatku od cukru i soli, a konkretnie od produktów zawierających szczególnie duże ilości obu składników. Takie rozwiązania z powodzeniem zastosowano między innymi w Meksyku i na Węgrzech.

Nie od dziś wiadomo, że nadmiar cukru, tłuszczu i soli przyczynia się do powstawania poważnych schorzeń i sprzyja epidemii nadwagi oraz otyłości. Szereg akcji profilaktycznych i usuwanie fast foodów ze szkół, co wymogła „rewolucja sklepikowa” to jednak działania na zbyt małą skalę, by mogły wpłynąć na całe społeczeństwo. Podstawowy problem związany z niezdrowymi przekąskami wynika z ich dostępności – słodycze, chipsy czy słodkie napoje są relatywnie tanie. Nałożenie na nie dodatkowego podatku ma z założenia zniechęcić konsumentów do sięgania po nie. 

Zdrowie kontra zyski

Na pomysł resortu finansów negatywnie zareagowała branża producentów spożywczych, która obawia się, że obłożenie wspomnianych towarów jeszcze większym podatkiem niesie za sobą szereg również negatywnych konsekwencji. Wyższe ceny dla wielu konsumentów oznaczać mogą nie tylko ograniczenie, ale wręcz eliminację pewnych produktów z jadłospisu, które jedzone w niewielkich ilościach, będąc częścią zrównoważonej diety, nie są szkodliwe. Podatki uderzą także w niewielkich, często krajowych producentów, nie będących w stanie konkurować z wielkimi koncernami, które straty w tym segmencie mogą odbić sobie w innych. Co więcej, polskie słodycze już i tak są obciążone jednym z najwyższych podatków w Europie, czyli VAT-em wynoszącym 23 procent. 

Normy zamiast podatku

W opinii producentów znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby odgórne ustalenie norm zawartości soli, cukru i tłuszczy w poszczególnych produktach. Na taki krok zdecydowało się Tesco, które obniżyło zawartość cukru w niemal połowie napojów oferowanych pod własną marką. Obecnie żaden z nich nie może zawierać więcej niż 5 g cukru w 100 mililitrach. Podobnie działania podjęto w Belgii. Jak mówi cytowany przez Gazetę Prawną Marcin Zawadzki z firmy doradczej PwC, pomysł podatkowy jest problematyczny także dlatego, że trudno powiedzieć, od jakiego poziomu cena hamburgera czy coli będzie na tyle wysoka, by skutecznie zniechęcić do zakupu.

Restrykcje przynoszą skutek

Są jednak przykłady pokazujące, że ograniczenia odnoszą pożądany skutek. Po takie środki sięgnięto na Węgrzech, gdzie udało się także zredukować ilość cukru w produktach o prawie 40 procent. Z kolei w Meksyku o 10 proc. podniesiono cenę napojów niealkoholowych zawierających cukier, a także produktów wysokokalorycznych z jego dużą zawartością. Efekty były świetne – w ciągu roku konsumpcja słodkich napojów spadła o około 15 procent. 

Podatek Cukrowy przyjęto także w Wielkiej Brytanii, a wyższe ceny mają zacząć obowiązywać od wiosny 2018 roku. Ma on dotyczyć wzrostu cen słodkich napojów z zawartością cukru wynoszącą więcej niż 5 gramów w 100 mililitrach. 

Niezależnie od sposobu, podjęcie działań mających na celu ograniczenie spożycia zwłaszcza słodkich produktów powinno być polskim priorytetem, biorąc pod uwagę skalę problemu.

Jak podaje „Rzeczpospolita”, Przeciętny Polak zjada około 40 kg cukru rocznie, a dziennie średnio 25 łyżeczek, czyli o 15 więcej niż przewiduje norma.

Cukier kryje się w wielu produktach spożywczych, również w tych, w których nie spodziewamy się jego obecności. W efekcie słodycz jest jednym z głównych winowajców otyłości wśród Polaków, która dotyka już 60 proc. społeczeństwa.

Źródło: Gazeta Prawna, Rzeczpospolita


Podziel się: