Dieta ujemnych kalorii – czy faktycznie działa?

Dieta selerowa, arbuzowa, a może najpopularniejsza (bo najsmaczniejsza) – lodowa? To tylko wybrane z grupy diet o tzw. „ujemnych kaloriach”. Brzmi bajkowo i niestety takie pozostaje. Poznajmy bliżej założenia tego „cudownego sposobu odżywiania się”.

Czym jest dieta o ujemnych kaloriach?

Koncepcja tej diety zakłada w skrócie, że ludzki organizm posiada zdolność do generowania większej ilości energii podczas trawienia wybranych produktów, niż one same zawierają. Według jej fascynatów, jest to prosta droga do redukcji nadmiernej masy ciała. Brakującą bowiem ilość energii potrzebną na strawienie pożywienia, organizm odnajduje w zapasach tkanki tłuszczowej. Brzmi sensownie, ale niestety takie nie jest. 

Dieta „ujemnych kalorii” pozbawiona jest sensu naukowego. Gdyby działała, nasz gatunek prawdopodobnie by nie przetrwał.

Człowiek potrafi, czyli dlaczego natura nie pozwoli na „ujemne kalorie”?

Faktem jest, że nasz organizm potrzebuje wygenerować energię aby strawić określone składniki pożywienia. Nauka nie odkryła jednak i nie potwierdziła na razie istnienia jakiegokolwiek produktu, który zamiast dostarczać energii, miałby nam ją zabierać. Gdyby tak było – nasz gatunek prawdopodobnie by nie przetrwał. Chociażby ze względu na silny wpływ mediów, które przykładowo – w odniesieniu do kobiet – potrafią wywrzeć na nie taką presję, że zapominając o własnym zdrowiu, próbują osiągnąć promowany ideał. W takiej sytuacji, osoby chcące odchudzać się, jadłyby pewnie tylko te produkty, które posiadają ujemny potencjał energetyczny. Nie trudno sobie wyobrazić jak wyglądałyby konsekwencje. A jeśli wciąż uważacie, że to skrajność i że człowiek nie doprowadziłby się do takiego stanu, wystarczy przypomnieć sobie inne, popularne, drastyczne diety, chociażby takie jak bretarianizm (odżywianie się energią z kosmosu), dieta polegająca na połknięciu tasiemca (dostępnego w sprzedaży w „szarej strefie” sieci), czy dieta wacikowa (jedzenie waty nasączanej sokiem). Zaburzenia odżywienia to również jedna ze skrajności wynikająca z chęci uzyskania szczupłej sylwetki. Czyż nasz gatunek nie jest więc skłonny do samodestrukcji za wszelką cenę? Natura zdaje się to wiedzieć i mądrze zaplanowała całość ludzkiego metabolizmu.

Produkty o niskiej kaloryczności

Prawdą jest, że istnieją takie produkty spożywcze, które odznaczają się niską kalorycznością, ale stety-niestety – niezerową. Do wybranych można zaliczyć m.in. zielone ogórki, rzodkiewki, selera, kalarepę, arbuza, marchewkę, sałatę czy cebulę. Ich wartość energetyczna jest związana m.in. z obecnością dużych ilości wody w składzie – stąd też, jedzenie wyłącznie tych wymienionych, będzie wiązało się z szybszym pojawieniem się uczucia głodu.

Choć teoria „ujemnych kalorii” pozbawiona jest dowodów w nauce, faktycznie istnieją produkty o bardzo niskiej kaloryczności, które umiejętne wpisane w jadłospis mogą pomóc w walce ze zbędnymi kilogramami. Są to bogate w witaminy i składniki mineralne wybrane owoce i warzywa, takie jak ogórki, rzodkiewki, papryka, sałata czy arbuz.

Jak to jest z tymi lodami?

Jedną z popularniejszych diet o ujemnym potencjale energetycznym, jest dieta zawierająca określoną ilość lodów. Uważa się, że skoro są one zimne, a organizm potrzebuje wygenerować ciepło, aby „się ogrzać” po ich zjedzeniu, jesteśmy na minusie jeśli chodzi o zjedzoną porcję śmietankowych słodkości. Tymczasem, ten pyszny smakołyk, oprócz zimna, dostarcza nam również sporych ilości cukru oraz tłuszczu. Jedynym rodzajem chłodzącego produktu, który faktycznie mógłby generować sławne „ujemne kalorie” jest natomiast … zwykły lód. Trudno jednak odżywiać się samą wodą, prawda?

Wbrew obiegowej opinii, lody, podobnie jak każde inne słodycze, dostarczają sporej ilości kilokalorii. Zawierają bardzo dużo cukru oraz tłuszczu, a ich spożycie, wcale nie generuje „ujemnych kalorii” w związku z koniecznością zużycia dodatkowej energii na ogrzanie organizmu.

Jaka dieta pozwoli na utratę zbędnych kilogramów?

Choć większość z nas doskonale zna te zalecenia, to jednak ciężko nam uwierzyć, że mogą one sprawdzić się w rzeczywistości. Z ochotą więc sięgamy po coraz to nowe diety, zazwyczaj monotonne i na dłuższą metę niebezpieczne dla zdrowia, jak również po cudowne (według producentów) suplementy lub produkty o nadzwyczajnych właściwościach (zależnych – o dziwo – od wysokości ceny). Tymczasem, znacznie więcej zaoszczędzilibyśmy wprowadzając do swojego żywienia kilka podstawowych zasad, takich jak:

- regularność (posiłki dobrane objętościowo i spożywane tak często, aby nie dopuścić do uczucia głodu – średnio 4-5 razy dziennie)
- umiar (czerpanie przyjemności z jedzenia – umiejętny wybór codziennych produktów spożywczych mających stanowić podstawę naszego żywienia + rozsądne korzystanie z nieco mniej wartościowych dań powstałych na potrzebę naszej przyjemności)
- różnorodność (brak monotonii w diecie, dobór produktów ze wszystkich grup)
- niski stopień przetworzenia (przyrządzanie posiłków od podstaw, korzystanie z naturalnych surowców, odrzucenie gotowych sosów, wyrobów garmażeryjnych oraz produktów słodzonych, smakowych).

Stosując taki plan żywienia na co dzień, może i nie zaobserwujemy spektakularnych efektów, ale pozwolimy sobie na radość z jedzenia. Rozsądek to umiejętne korzystanie z tego co oferuje nam zarówno natura, jak i drugi człowiek. Istotną kwestią jest również stan naszego zdrowia, samopoczucie i indywidualne preferencje, dlatego po zbilansowany jadłospis powinniśmy udać się do specjalisty dietetyka. Nie wierzmy w żadne modne diety. Każda eliminacja niesie ze sobą ryzyko niedoborów, a jej stosowanie powinno zostać poprzedzone odpowiednią diagnostyką.

Tylko odpowiednio zbilansowane żywienie, dopasowane do naszego stanu fizjologicznego oraz potrzeb, pozwoli na osiągnięcie celów w postaci przykładowo szczupłej sylwetki. Dodatkowym, niewymiernym bonusem jest fakt, że zyskujemy zdrowie oraz radość z tego co ląduje na naszym talerzu.


Podziel się: