Piotr Pustelnik - Adrenalina mnie zupełnie nie kręci cz.1

Piotr Pustelnik, himalaista, zdobywca wszystkich 14 ośmiotysięczników, twórca projektu „Trzy Korony” opowiada o początkach swojej pasji, przygotowaniu do wypraw oraz ryzyku, jakie niesie ze sobą wspinaczka wysokogórska.

Lubi pan czuć adrenalinę we krwi?

Nie jestem typem człowieka, który bez adrenaliny żyć nie może. Ja nie mogę żyć bez tego, co jest w górach, ale nie bez adrenaliny, która mnie zupełnie nie kręci. Dlatego właśnie nie skaczę na bungee, nie robię różnych innych takich wariactw, które trwają kilkadziesiąt sekund, tylko zajmuję się takim sportem, który trwa długo.

Himalaizm nie kojarzy się jednak z bezpieczeństwem….

Himalaizm to jest ostatnia forma, którą uprawiałem. Przedtem wspinałem się na skałkach w średnich górach, Tatrach, Alpach.

Najbardziej „nabałem się” na etapie tatrzańskim, bo tam strach jest wymierny. Wchodząc z liną wyżej ostatniego punktu przelotowego, jest perspektywa lotu, odpadnięcia. Człowiek może się tam mocno poturbować. To jednak jest coś, co wywołuje „lekki motyl” w żołądku, niekoniecznie ze szczęścia. To jest strach, nie adrenalina. Adrenalina pojawia się wtedy, gdy jest zagrożenie. Kiedy kamień albo… partner świśnie mi obok głowy, to ja wtedy czuję adrenalinę (śmiech). Ale to są, dosłownie, ułamki sekundy.

Ze strachem jest tak jak z bokserem. Bokser boi się przed walką, w czasie walki się już nie boi. Ja także boję się przed wspinaniem, jednak gdy już ruszę w drogę, to strach odchodzi. Tego się już nauczyłem. Przyzwyczaiłem się, że tak właśnie jest.

Skąd wziął się pomysł na wspinaczkę?


Pomysł wziął się stąd, że mnie już turystyczne chodzenie po górach przestało wystarczać. Zacząłem chodzić po górach bardzo dawno temu. Przeszedłem już Bieszczady, Beskidy, Pieniny, trochę Tatry. Było zbieranie punktów, znaków… To dla mnie było ciągle takie same i powtarzalne. Co tam było więcej robić… Przejść dłuższą trasę, żeby bardziej się zmęczyć? No nie, to nie o to chodziło. Wspinaczka okazała się być alternatywą, pomysłem na ciekawe przedłużenie pobytu w górach.

Jest jeszcze jeden powód... Usłyszałem ludzi wspinających się w ścianie. To jest bardzo specyficzny dźwięk, gdy karabinki i haki obijają się o siebie przy pętli sprzętowej. To jest dźwięk, który, gdy się go raz usłyszy, to zapamięta się do końca życia. Ja zapamiętałem i zacząłem czynić starania, by też tak dźwięczeć (śmiech).

A jak zrodził się pomysł na pierwszą  wyprawę?

Jest to konglomerat mojej przeszłości, która była przeszłością chorowitego dziecka. Gdy byłem mały, nie dawano mi specjalnie dużych szans, że długo pożyję. Zresztą, to też wywoływało wielokrotnie u mojej mamy nerwowy skurcz, gdy brałem się za coś, co mogło „pachnieć wypadkiem”. Przez wiele lat nie mogłem uprawiać żadnego sportu, w związku z czym musiałem to robić potajemnie.

Gdy w końcu wyszło na jaw, że uprawiam wspinaczkę, mama była przerażona. Ojciec podchodził do tego bardziej racjonalnie. Tłumaczył, ze skoro uprawiałem ten sport przez rok czasu i mnie to nie zabiło, to dlaczego mam teraz przestać. Był naukowcem i to był dla niego dowód empiryczny. A potem całe moje życie rzeczywiście pokazało, że ciężko jest mnie zabić. Więc, w sumie ojciec miał rację. Ale to przeświadczenie, że człowiek jest słaby, chory i musi przezwyciężać swoje słabości, udowadniać sobie na każdym kroku, że może więcej niż już może, legło u podstaw mojej drogi. Bo ja przeszedłem drogę od zwykłego turysty, przez prostego taternika, potem alpinistę, aż w końcu znalazłem się w górach wysokich. To było spowodowane tym, że za każdym razem szukałem jakiegoś wyzwania, które spowoduje, że w moim mózgu pojawi się przeświadczenie, że jestem lepszy i, że nic mi, ze strony mojego organizmu nie grozi.

To jest bardzo poważny problem dla młodego człowieka, jeśli w wieku 12 lat dowiaduje się, że długo nie pożyje. Naprawdę. Ja ten epizod w moim życiu przezwyciężałem przez kilkadziesiąt lat. To jest coś, co siedzi w głowie, jak takie paskudne memento i nie pozwala o tym zapomnieć. Niech sobie pani wyobrazi, że 1995 roku miałem ochotę wejść na Everest bez użycia tlenu. Stoczyłem paskudną walkę z samym sobą czy użyć tego tlenu, czy nie. Przeważały różne względy, od emocjonalnych, ambicjonalnych, po racjonalne i w końcu, chyba ani jedna, ani druga postawa nie zwyciężyła. O tym, że go użyłem, zadecydował przypadek, choć naprawdę stoczyłem wtedy ze sobą ogromną walkę. Pesymista w głowie, mówił „stary, będziesz miał wtedy 44 lata i będziesz najstarszym człowiekiem na Evereście bez tlenu, popatrz na to. Warto się tak narażać?”. A optymista mówił: „spoko, spoko, dasz sobie radę. Byłeś na 8200 m, nie zjadło Cię, to 8800 da się jakoś przeżyć”.

Bardzo poważny problem w moim życiu miałem z tą chorobą. Czasami mam wrażenie, że to zadecydowało o tej, bardzo późnej drodze życiowej, którą przeszedłem. Od zwykłego alpinisty, poprzez Himalaje, Trzy Korony. Być może wszystko było by zupełnie inaczej... Ale, to jest tylko gdybanie…

Wspinanie się z butlami z tlenem wywołuje dużo kontrowersji wśród sportowców…

Tak, ludzie, którzy się wspinają  się bez tlenu, uważają, że to jest niesportowe. No, to można by godzinami na ten temat mówić. Moim zdaniem wszystko zależy od tego, jak się tego tlenu używa, kiedy i w jakich okolicznościach. Są ludzie, którzy są uzależnieni od tlenu, a są tacy, którzy używają go tylko po to, by zwiększyć swoje bezpieczeństwo. Wtedy stosują go mądrze, używają niewiele i to wszystko ma jakiś sens. Natomiast są tacy, którzy używają go po prostu jako zamiennika swojej kondycji i to jest bez sensu zupełnie. Zresztą widać po zużyciu. Ja na wejście na Everest zużyłem jedną, a znane mi osoby zużyły sześć. Różnica jest ogromna.

Ile czasu trwa przeciętnie wyprawa?

Trwa od dwóch do dwóch i pół miesiąca. Najdłuższa moja wyprawa trwała trzy i pół miesiąca. To była podróż na koniec świata, bo to było K2 od północy. Tam trzeba było pokonać szmat drogi, nieomalże z budowaniem drogi, która była zasypana przez obsunięcia ziemi, po zimie. To była eksploracyjna wyprawa, trwała bardzo długo. Natomiast najkrótsze trwały 1,5 miesiąca.

Ile trwa przygotowanie do takiej wyprawy?

Nie ma takiego pojęcia jak przygotowanie do wyprawy, bo my przygotowujemy się zawsze. Tu nie ma przerwy. Dlatego to był dla mnie taki kierat. Dwadzieścia lat kieratu. Kończyłem jedną wyprawę, troszeczkę odetchnąłem, tak jak sportowcy, z miesiąc czasu i bum, od początku, jedziemy dalej, przygotowujemy pieniądze, przygotowujemy wszystko.

Jak pracuje pan nad kondycją?

To nie jest takie trudne, bo na początku swojej kariery, w latach dziewięćdziesiątych, do 1996 roku bardzo dużo biegałem. Od kilku do kilkunastu kilometrów dziennie, tak wyrabiałem po 50, kilkadziesiąt kilometrów tygodniowo. Biegałem nawet, o ile dobrze pamiętam, 2 albo 3 maratony. To jest nuda straszna, nic mnie w ogóle nie wciągnęło.

Zimą 1996 roku, na skutek pewnych błędów treningowych, doznałem obustronnego zapalenia ścięgien Achillesa i to mnie wyeliminowało z biegania do dziś. Dzisiaj biegam po 5-6 kilometrów, jeśli muszę, ale głównie jeżdżę na rowerze. Kondycyjne przygotowanie to górska jazda na rowerze. To jest podstawa, plus siłownia, ścianka, jeśli nie ma sezonu na wspinanie. I zwykłe wspinanie. Najlepszym treningiem do wspinania jest wspinanie. Nie ma lepszego.

Bagaż wyprawy składa się z tzw. części ogólnej, która zawiera sprzęt alpinistyczny, czyli liny, sprzęt do asekuracji, jedzenie, namioty. Jest to część biwakowa, z której korzystają wszyscy uczestnicy. Jest ona bardzo ciężka i zajmuje dużo miejsca. Jest też oczywiście bagaż rzeczy osobistych. Worki, albo beczki, w których każdy człowiek ma swoje ubrania, śpiwory oraz sprzęt zupełnie osobisty, potrzebny do normalnego funkcjonowania w namiocie. Czyta książki, gdy nie ma pogody, słucha muzyki, ma tam jakieś reperaturki do cerownia, naprawiania. Tego bagażu jest bardzo dużo, „na głowę” przypada tego po 200-300 kg, mniej więcej. Z tego osobistego bagażu jest z 40-50 kg.

Czy w góry zabiera się ciężkie konserwy?

Nie, nie. Puszek się przeważnie nie używa, choć teraz są produkowane takie puszki, które „nic nie ważą” i są otwierane po prostu ręką. Największą zgrozą na pierwszych wyprawach było to, że trzeba było mieć otwieracz do konserw. Każdy nosił jak najlżejszy, żeby nie powiększać wagi plecaka.  No i te otwieracze zwykły się gubić.

Jak odżywiają się himalaiści w trakcie wyprawy?

Nie ma tak naprawdę jednego górskiego menu. Każdy je, to, co lubi, to jest inwencja człowieka. Czasami z bazy wynosimy jakieś placki mączne z serem żółtym, czy z czymś tam. Jemy puszki, ale nie jakieś takie ciężkie, tłuste mięso, które się długo trawi, tylko sałatki, ryby. Coś, co jest łatwo wchłaniane na dużej wysokości. Jak wiadomo w żołądku, do tego, żeby w ogóle się jakaś przemiana wytworzyła, potrzebny jest tlen. Tlenu jest tam niewiele. Przemiana materii na dużej wysokości jest znacznie spowolniona. Pokarm siedzi w żołądku jak kamień, dopóki się nie przetrawi. Osiemdziesiąt procent tego, co się wchłania na dużej wysokości, to są płyny, czyli jakieś zupy, herbaty, soki, kiśle. To jest coś, co wypełnia żołądek, daje przede wszystkim ciepło i ma walory odżywcze. A  te tłustsze rzeczy, no to tylko czasami… Chociaż ja przeszedłem przez różne fazy, m.in. przez fazę jedzenia liofilizatów, tych odwadnianych dań, co jest okropnie niezdrowe i okropnie niedobre.


Podziel się:

Wasze komentarze


Informacje / opinie publikowane w komentarzach stanowią subiektywną ocenę użytkownika i nie mogą być traktowane jako porada dotycząca leczenia / stosowania leków . W przypadku wątpliwości prosimy o konsultacje z Farmaceutą Dbam o Zdrowie.

komentarze wspierane przez Disqus